(...)

Wracałem z Lascaux tą samą drogą, jaką przybyłem. Mimo że spojrzałem,
jak to się mówi, w przepaść historii, nie miałem wcale uczucia, że wracam z
innego świata. Nigdy jeszcze nie utwierdziłem się mocniej w kojącej
pewności: jestem obywatelem Ziemi, dziedzicem nie tylko Greków i
Rzymian, ale prawie nieskończoności.

To jest właśnie ludzka duma i wyzwanie rzucone obszarom nieba,
przestrzeni i czasu. "Biedne ciała, które mijacie bez śladu, niech ludzkość
będzie dla was nicością; słabe ręce wydobywają z ziemi noszącej ślady
oriniackiej półbestii i ślady zagłady królestw - obrazy, które budząc
obojętność czy zrozumienie, jednako świadczą o waszej godności. Żadna
wielkość nie da się oddzielić od tego, co ją podtrzymuje. Reszta to uległe
stwory i bezrozumne owady".

Droga była otwarta ku świątyniom greckim i gotyckim witrażom. Szedłem
ku nim czując w dłoni ciepły dotyk malarza z Lascaux.


Nie mogę przypomnieć sobie
jego twarzy

stawał wysoko nade mną
na długich rozstawionych nogach
widziałem
złoty łańcuszek
popielaty surdut
i chudą szyję
do której przyszpilony był
nieżywy krawat

on pierwszy pokazał nam
nogę zdechłej żaby
która dotykana igłą
gwałtownie się kurczy

on nas wprowadził
przez złoty binokular
w intymne życie
naszego pradziadka
pantofelka

on przyniósł
ciemne ziarno
i powiedział: sporysz
z jego namowy

w dziesiątym roku życia
zostałem ojcem
gdy po napiętym oczekiwaniu
z kasztana zanurzonego w wodzie
ukazał się żółty kiełek
i wszystko rozśpiewało się
wokoło

w drugim roku wojny
zabili pana od przyrody
łobuzy od historii

jeśli poszedł do nieba -

może chodzi teraz
na długich promieniach
odzianych w szare pończochy
z ogromną siatką
i zieloną skrzynią
wesoło dyndającą z tyłu

ale jeśli nie poszedł do góry -

kiedy na leśnej ścieżce
spotykam żuka który gramoli się
na kopiec piasku
podchodzę
szastam nogami
i mówię:
- dzień dobry panie profesorze
pozwoli pan że panu pomogę

przenoszę go delikatnie
i długo za nim patrzę
aż ginie
w ciemnym pokoju profesorskim
na końcu korytarza liści