Pod ścianami białymi jak las brzozowy rosną paprocie obrazów. 
W zapachu terpentyny i olejów Miron odtwarza dramat cytryny
skazanej na współżycie z zieloną draperię. Jest tu takie jeden
akt kobiety.
- Moja narzeczona - mówi Miron. - Pozowała mi w czasie okupacji.
Była zima bez chleba i węgla. Pod jej białą skora krew zbiegała się
w sine plamki. Wtedy malowałem cieple różowe tło.


Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał się w pośpiechu i uciekał na 
oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec serdeczny jak
pierścionek, chciała uchronić. Toczył się po ostrych pochyłościach, czasem
piął się pod górę. Przychodził splątany i milczał. Nigdy już nie powróci na
słodki tron jej kolan.

Wyciągnięte ręce świeci w ciemności jak stare miasto.