Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał się w pośpiechu i uciekał na 
oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec serdeczny jak
pierścionek, chciała uchronić. Toczył się po ostrych pochyłościach, czasem
piął się pod górę. Przychodził splątany i milczał. Nigdy już nie powróci na
słodki tron jej kolan.

Wyciągnięte ręce świeci w ciemności jak stare miasto.


Na żelaznych gałęziach dojrzewają czerwone i zielone owoce sygnałów. 
Są tu takie ciche perony z wiszącymi w skrzynkach miniaturowymi
ogrodami Semiramidy.
Ale na nic nasturcje i zabłąkana pszczoła. Kiedy okrągła gilotyna minut
wskaże 1231, połknie to wszystko czarny potwór, który zbliża się
właśnie w syku białych atmosfer.