Patrzysz na moje ręce
są słabe - mówisz - jak kwiaty
patrzysz na moje usta
za małe by wyrzec: świat
- kołyszmy się lepiej na łodydze chwil
pijmy wiatr
i patrzmy jak zachodzą nam oczy
woń więdnienia jest najpiękniejsza
a kształt ruin znieczula
we mnie jest płomień który myśli
i wiatr na pożar i na żagle
ręce mam niecierpliwe
mogę
głowę przyjaciela
ulepić z powietrza
powtarzam wiersz który chciałbym
przetłumaczyć na sanskryt
lub piramidę:
gdy wyschnie źródło gwiazd
będziemy świecić nocom
gdy skamienieje wiatr
będziemy wzruszać powietrze
To jest pensjonat roślin, prowadzony bardzo surowo jak szkoły
klasztorne. Trawy, drzewa i kwiaty rosną przyzwoicie bez żadnej
wegetacyjnej bujności, wystrzegając się niedozwolonych
pieszczot z trzmielami. Są wciąż skrępowane swoją łacińską
godnością i tym, że muszę być przykładem. Nawet róże sznurują
usta. Marzę o zielniku.
Staruszkowie przychodzą tu z książkami i zasypiają pod ospale
tykanie słonecznych zegarów.