Licząc od góry: komin, anteny, blaszany, pogięty dach. Przez okrągłe
okno widać zaplątaną w sznury dziewczynę, która księżyc zapomniał
wciągnąć do siebie i zostawił na pastwę plotkarek i pająków. Niżej kobieta
czyta list, chłodzi twarz pudrem i znów czyta. Na pierwszym piętrze młody
człowiek chodzi tam i z powrotem i myśli: jak ja wyjdę na ulicę z tymi
pogryzionymi wargami i w rozlatujących się butach? W kawiarni na dole
pusto, bo to rano.
Tylko jedna para w kącie. Trzymają się za ręce. On mówi: "Będziemy
zawsze razem. Proszę pana czarną i oranżadę." Kelner idzie szybko za
kotarę i tam dopiero wybucha śmiechem.
Za słaby aby mówić
rozchylam tylko wargi
odbijam je
na szybie powietrza
wokoło spokój
a my idąc pochylamy głowy
jakby pod wielki wiatr
płowieją długie aleje
już ludzie nas nie widzą
To z tęsknoty to z wyrzeczenia
coraz bliżsi i bliżsi
chwili co zmieni nas
w tchnienie
Kura jest najlepszym przykładem, do czego doprowadza bliskie
współżycie z ludźmi. Zatraciła zupełnie ptasią lekkość i wdzięk.
Ogon sterczy nad wydatnym kuprem jak za duży kapelusz
w złym guście: Jej rzadkie chwile uniesienia, kiedy staje na
jednej nodze i zakleja okrągłe oczy błoniastymi powiekami,
są wstrząsająco obrzydliwe. I w dodatku ta parodia śpiewu,
poderżnięte suplikacje nad rzeczą niewypowiedzianie
śmieszną: okrągłym, białym, umazanym jajkiem.
Kura przypomina niektórych poetów.